poniedziałek, 7 stycznia 2013

Dsć czy nie dać...?

Może raczej powinno to pytanie brzmieć inaczej - brać czy nie brać? Oto jest dylemat, bo mało jest w Polsce lekarzy, którzy wziąć nie chcą:-)! Tak ten post jest troszkę inny, ponieważ dużo w mediach mówi się ostatnio o łapówkarstwie w środowisku medycznym. Wkurza mnie to totalnie, bo teoretycznie rzecz biorąc nie powinno być o tym mowy. Uważam, że dobrze iż zaczęto poruszać tą sprawę,
Trudno nam się dostać do specjalistów, jeśli coś przydybie nas nagle to...trzeba wysupłać kasiorkę i iść prywatnie do lekarza. Niestety prywatne wizyty u specjalistów bardzo często się nam zdarzają, a teoretycznie służba zdrowia jest bezpłatna! Ale weź człowieku w pewnym okresie kwartału, roku zarejestruj się do okulisty, neurologa, czy gdziekolwiek bądź...nie dasz rady i cóż robić. Jeśli chce się być zdrowym to trzeba prywatnie się leczyć.

Łapówkarstwu mówię nie!! Jestem przeciwna dawaniu lekarzom pieniędzy. Nie mówię dać kwiaty czy bombonierkę jako dowód wdzięczności po udanej operacji. Tak wydaje się to super, jednak gdyby tak wszyscy ludzie i wszędzie robili, to sądzę, że i lekarze by się nauczyli, że kasy nie uraczą.
Jednak sama wiem z autopsji, że bez kasy w naszym polskim realu ani rusz. No choćby operacja. Zaczynamy od tego, że trzeba iść do specjalisty oczywiście prywatnie i to nie jeden raz. Potem już pacjent jest przyjmowany, już wszystko gotowe no ale...to jednak operacja więc, żeby doktór na pewno miał naprawdę uwagę nad pacjentem, to bez żalu wyjmuje się kolejny banknot z kieszeni. Po operacji, pierwsza noc najważniejsza, to trzeba pielęgniarce jakąś kawkę, czy czekoladki podarować. Tylko, że to, to nic nie mówię, bo wiem, że pielęgniarki to niełatwy zawód. Ale zazwyczaj operacja się udaje, więc nie wypada nie podziękować lekarzowi. Potem są jeszcze wizyty kontrolne ...A nie wspomniałam, że jeśli operacja jest poważna, no to i anastezjologowi coś do kieszeni skapnie.

I jak tu wyleczyć się z łapówkarstwa. Niestety dopóki nie zmieni się mentalność lekarzy i pacjentów, to nadal wszyscy będą chorować na tą paskudną chorobę. A jak wspomniałam życie i zdrowie ma się jedno więc chcemy jak najlepiej się leczyć. Jak najlepiej = kosztem naszej kieszeni.

Wiecie co jeszcze wszystko mogłabym zrozumieć, ale tego błagania o podwyżki, strajków i narzekania lekarzy nigdy nie zrozumiem. Oni mają się tak dobrze. Nie dosyć, że się nie przepracowują, bo rzadko, który robi ponad swoje godziny, to jeszcze pieniędzy mają jak lodu.
Tacy to pożyją!

Przepraszam Was za taką notkę, ale bardzo mnie ten problem nurtuje i denerwuje. Ciekawa jestem co Wy o tym sądzicie? Pozdrawiam cieplutko.

8 komentarzy:

Zim pisze...

Ja łapówki potępiam. Choć i tak jest lepiej niż było np. w czasach moich dziadków. Ostatnio gadaliśmy właśnie o tym i mówili mi, że w czasach tak zwanej "komuny" (ale czy ona naprawdę minęła? Śmiem wątpić...), w służbie zdrowia nie dało się załatwić bez łapówki dosłownie NICZEGO.
Ale jest też druga strona tego medalu. Lekarz nie chce wziąć, ale pacjent daje. Są tacy ludzie, zwłaszcza często widzę to u osób starszych (choć nie tylko), którzy od lekarzy oczekują Bóg wie czego, cudów. A lekarze przecież są ludźmi, a nie bogami. I choćby nie wiem jak dobrzy specjaliści ich leczyli i jak krótko czekaliby na wizytę czy cokolwiek - to będą stękać i narzekać. No cóż, taka nasza już polska mentalność... Szkoda tylko, że starsi uczą tego potem swoje dzieci. Pozdrawiam :)

Lolek pisze...

Chociaż jeszcze nigdy nie spotkałam się z łapówkarstwem(czyżbym miała aż takie szczęście?), to nie pochwalam tego typu postępowania. Przecież lekarze dostają niemałe pensje, do tego dochodzą różnego rodzaju honoraria za operacje, czy wykłady na sympozjach i uczelniach. Jednak z drugiej strony nie powinno być tak, że jeden płaci i od razu wchodzi do gabinetu, a drugi musi odczekać jakiś tam czas, tylko dlatego, że jest biedniejszy. Powinni wszyscy czekać na swoją kolej przyjęcia. Bo skoro ja czekam pół roku do neurologa, to dlaczego inny ma iść do niego od razu, tylko dlatego, że ma pieniądze. Albo niech czekają wszyscy, albo nikt. Pozdrawiam

Aldi pisze...

Nigdy nie dałam łapówki lekarzowi,
ale muszę ich trochę obronić.
Trafiam na wspaniałych fachowców
o wielkim sercu, empatii i co dla mnie szczególne ważne - wiedzy.
Raz nawet będąc z prywatną wizytą nie zapłaciłam ani grosza...
Lekarz odmówił przyjęcia pieniędzy.
Co więcej, pokierował mnie do jednych z najlepszych specjalistów w kraju i to od ręki.
Poza małymi, naprawdę niewiele znaczącymi epizodami jestem bardzo zadowolona z opieki medycznej, której doświadczyłam i doświadczam.

Pozdrawiam :)

Dotta pisze...

Ja też jestem przeciwna dawaniu łapówek. Uważam, że lekarze za swoją pracę dostają pieniądze jak za pracę każdy otrzymuje.. i tyle im wystarczyć powinno. Żerowanie na zdrowiu ludzi jest niemoralne. Nigdy nie dałam łapówki lekarzowi i nigdy nie zamierzam mu jej dać. Myślę, że lekarzowi z prawdziwym powołaniem wystarczy słowo 'dziękuję' wypowiedziane z wielką szczerością i uśmiechem. Ewentualnie kwiaty.
Podobnie jak Aldi na swojej drodze spotykam wspaniałych lekarzy, którzy kosztem swojego czasu i limitów finansowania gotowi są mi pomóc... za darmo ;)

Iva pisze...

Dziewczyny macie rację,tylko jak same widzicie to wszystko nie jest tak jak powinno być!
Aldi, no mam nadzieję, że w tego typu placówkach to jest kompetentna i miła opieka lekarska, ba nawet na tym etapie (nie chcę pisać o jaki oddział chodzi) powinna taka być.

Pomyślicie jak cudnie by było bez łapówek - ludzie by oduczyli się dawać, a lekarze brać...marzenia!!

Zim pisze...

A ja powiem tak, podobnie jak Aldi - nigdy nie dawałam lekarzom łapówek :) I jakieś mam Boże błogosławieństwo do lekarzy, że w ciągu ostatnich lat trafiłam na dwójkę naprawdę świetnych specjalistów :)

Salanee pisze...

Nie akceptuję dawania łapówek w postaci pieniężnej, jednak w swoim życiu, wielokrotnie byłam świadkiem "posmarowania" lekarzowi za lepszą opiekę nad osobą chorą i generalnie osoby, które dawały kasę wcale się z tym nie kryły. Pierwsze słyszę, żeby pieniądze miały moc cudownego uzdrawiania... W przeszłości, gdy walczyłam o jakikolwiek powrót sprawności w mojej ręce, wylądowałam z poznańskiej klinice. Tam (oczywiście poza moją wiedzą), rodzice dali jakiemuś profesorowi kasę za to, żeby mi tę rękę uruchomił... Koniec końców cud się nie zdarzył, a ja gdy się dowiedziałam o fakcie, którego dokonali rodzice byłam bardzo zła. Pamiętam, że długo z nimi nie rozmawiałam, bo dla mnie było to nie do pomyślenia. Przecież on dostawał za swoją pracę wynagrodzenie i to nie małe, jego gabinet cały w dębie też wiele mógł o nim powiedzieć. Tato mówił, że kopertę wziął, jakby to było coś normalnego... Nie mogłam się z tym pogodzić, tyle kasy na 2001 rok było to 1000 zł. Gdy jeździłam na kontrole, nie mogłam na tego profesora patrzeć, w duchu zastanawiałam się, co on czuł widząc, że z moją ręką nie jest dobrze, jak żył z faktem, że wziął kasę, a ręka pozostała niesprawna? Miał sumienie? Na dzień dzisiejszy staram się o tym nie myśleć, wymazać z pamięci, nie mogę odpowiadać za czyny rodziców...
Następna moja choroba, to długie pobyty w szpitalu, wiele bólu, operacji, łez - wiecie. Dla mnie normalnością było to, że kupię pielęgniarkom jakieś ciasteczka, kawę, bombonierki. Za tyle dobra, którego doświadczyłam z ich strony te podarki to i tak za mało, żeby okazać wdzięczność. Tak naprawdę one odwalały najcięższą robotę, one musiały się w tym paprać... Lekarze też byli dla mnie dobrzy. Wielokrotnie pozbywali mnie bólu, zmieniali opatrunki, przyszli z dobrym słowem, nawet adoptować chcieli. Nigdy nie miałam problemu z dostaniem się gdziekolwiek, jeżeli potrzebowałam ( a na tamten czas zaliczałam wielu lekarzy w poszukiwaniu przyczyny mojej choroby) Nie wyobrażałam sobie, że mogłabym ot tak powiedzieć dziękuję i wyjść. Dlatego każdemu z lekarzy podrzucałam co mogłam (wiadomo, pracowałam wtedy w Autoryzowanym Serwisie telefonów), więc zarówno oddział, jak i osoby pracujące na nim chodziły w smyczach Nokii, Samsungów, Sony Ericssonów, w dyżurce wisiały kalendarze Nokii, stały kubki Samsunga, po prostu różnorodność producencka ;)Czasami jakiś koniak, czy inny trunek też się trafił, chociaż doktory przyjmowały z oporami, ale jak mówiłam, że walnę na nich focha, a później że może dzięki temu w końcu wyzdrowieję, to brali. Wydawało mi się to normalne, tym bardziej że oni naprawdę byli dla mnie dobrzy, niczym moja rodzina...

Czy można mnie za to potępiać? Tak sobie myślę, że wszędzie zdarzają się akty wdzięczności, to nie jest nic nowego, ale nigdy nie powinna być to postać pieniężna, nigdy!!!

Anonimowy pisze...

Bardzo generalizujesz,moja droga.Mój urolog robi bardzo wiele ponad to,co niby ma przewidziane w tzw kontrakcie z nfz.Tam,gdzie lażałam na urologii spotkałam bardzo zaangażowanych lekarzy.Podczas siedmiu miesięcy podczas,których szukano przyczyny mojego stanu spotykałam lekarzy,którzy stawali na głowie,żeby docieć,co mi jest,własnie za dziekuję,a nie jestem nikim szczególnym,nie jestem krewną polityka czy tym podobne.Tobie to sie zawsze dziwne rzeczy przytrafiaja.K